Festiwal Trans/Wizje odsłona czwarta

Festiwal Trans/Wizje to bez wątpienia jedno z najważniejszych wydarzeń kulturowych w naszym kraju. Wydarzenie muzyczne, artystyczne, ezoteryczne, towarzyskie i kulturotwórcze. Właściwie okulturotwórcze.

Spiritus movens całego przedsięwzięcia Dariusz Misiuna to człowiek-instytucja, którego dokonaniami możnaby obdzielić kilka życiorysów.
Działacz anarchistyczny, dyskordianin, tłumacz dzięki którego pracy Polacy poznali pisma Aleistera Crowleya i Nauki Yungdrung Bon. Twórca najważniejszego w Polsce wydawnictwa prezentującego zachodnie tradycje okultystyczne i dwóch czasopism o tej tematyce.
Kolejną jego inicjatywą jest Festiwal Transwizje, którego czwarta edycja miała miejsce w niedzielę 17 listopada, jak zwykle w warszawskim Centrum sztuki Współczesnej.
Postmodernizm, industrial, noise, dark-ambient. Coś Wam, mówią te terminy? Jeżeli tak to wiecie jak smakują Transw/Wizje. Jeżeli nie, to najwyższa pora wyjrzeć z kufra ze starzyzną, wytrzepać naftalinę i odkryć nowe obszary doznań.

Zaczął wstydliwy GAAP KVLT, który nie pokazał ani na chwile twarzy i skromnie chował się, skulony za laptopem, niczym tajemniczy bliskowschodni mnich czy mag. To co wydobywał z laptopa zadziwiająco współgrało z wizualami Bernarda Luca, na stałe współpracującego z weteranami sceny noise, zespołem Zwichniętymi Dandysami.
Jeżeli artystę nie powali pokręcony od kulenia nad laptopem kręgosłup, może jeszcze wykreować dużo ciekawych przestrzeni dźwiękowych.

Kolejnym wykonawcą był zespół na który czekałem, mając jeszcze w głowie ich warszawski koncert sprzed pięciu lat. COTTON FEROX to legenda sceny industrial i okult. Początki ich działalności to druga połowa lat 80-tych i (wzięta z Crowleya) nazwa "White Stains".
Cotton Ferox
Wówczas to Carl Abrahamsson i Thomas Tibert współpracowali blisko z jedną z najważniejszych postaci sceny okulturowej i okultyzmu współczesnego Genesisem P-Orridgem i założoną przez niego organizacją Templum Ov Psychick Youth. Szczytowym momentem tej współpracy było wydanie fenomenalnego albumu "In Stockcholm". I bez wątpienia, od tamtej pory Panowie trzymają poziom. Abrahamsson a to czytał z Księgi głosem mnicha zen, który przedawkowała satori a to przeobrażał się w kiczowatego diabła z błyszczącą głową.

Po półgodzinnej przerwie na której realizowała się intensywnie towarzyska część wydarzenia (szczegóły pozostawiam domyślności czytelnika) na scenę wyszli Niemcy z COLUMN ONE, zdecydowanie najmocniejszy punkt festiwalu.
Column One
Sterylni, odhumanizowani, w plastikowych maskach i mundurach funkcjonariuszy, korporacji rozpoczęli swój postmodernistyczny rytuał od rozpylania odświeżaczy powietrza. Sterylność i odhumanizowanie były widoczne w całym występie czwórki artystów, prezentujących się za swoimi laptopami niczym pracownicy korpo w open space. Wrażenie pogłębiał jeszcze magiczny rytuał z użyciem środków kosmetycznych, jakiś pianek żeli i plastikowej sarenki.
Na deser zaserwowany został TROUM. Również z Niemiec, chociaż chyba bardziej pasowałoby napisać „jeszcze bardziej niemiecki”. Ciężki monotonny dark-ambient na tle widoków lodowej pustyni, dla niektórych był najważniejszym punktem festiwalu, jednak moje zmysły były już przeciążone i raczej nużył niż fascynował.

Na plus- to co zwykle. Impreza penetruje te obszary które w polskiej kulturze są ciągle nieobecne, ukryte. Nawet nie niszowe, bo to określenie stało się synonimem gównianego rocka spod znaku podtatusiałych punków z brzuszkiem i klubowego łubu-cupu-techno-ćpania.
Jest to też ciągle niedościgły wzór dla wszystkich innych inicjatyw spoza oficjalnych i niby-alternatywnych nurtów jak należy działać i rozwijać swoje inicjatywy, bez wyciagania ręki po pieniądze z dotacji
Na minus ostatniej edycja zapisałbym brak rozwoju (a nawet "zwój") w stronę prezentacji pozamuzycznych. Nie, żebym tęsknił za Suka Off, który od pewnego momentu zrobił się dość przewidywalny i nie wnoszący nic nowego ale zdecydowanie brakuje form teatralnych i prezentacji plastycznych, poza "wizualami" puszczanymi podczas koncertów. Te wizuale pokazują ogromną słabość wykonawców z nurtu elektronicznego ambientu/industrialu czy noisu. Bo co jest ciekawego w oglądaniu kilku facetów stojących przy laptopach? W każdym jednym biurze zobaczymy podobny widok.
Ba- biorąc pod uwagę dialogi jakie można usłyszeć w niektórych firmach to koncert na handlowców i menadżera byłby o wiele ciekawszy. Otóż to właśnie- wielu wykonawcom brakuje narracji. Radzą sobie najlepiej z tym ci, którzy jak COLUMN ONE, łączą muzykę z perfomancem i rytuałem.

Wydawnictwo Okultura, Festiwal Trans/Wizje to zjawisko tym bardziej nietypowe, że wszystkie działania obywają się bez złotówki dotacji. Co jest ewenementem w czasach gdy głównym źródłem dla wszelkich "niekomercyjnych" czy "niszowych" inicjatyw są Programy Operacyjne Unii Europejskiej. Właściwie gdyby (co może nastapić całkiem szybko) ten strumień sie skończył to wszelkie te projekty znikną.
W dawnych czasach była na Pańskich dworach postać totumfackiego, pieczeniarza wiszącego u Pańskiej klamki. Rozmaici "niezależni" i "społeczni" nie zdają sobie sprawy, że są właśnie takimi pieczeniarzami, uzależnionymi od Pańskiego Dworu Unii Europejskiej równie mocno jak media komercyjne od reklamodawców.
Trans/Wizje to doskonały, wzorcowy wręcz przykład przedsiębiorczości społecznej- działania którego nadrzędnym celem jest realizacja pewnych wartości a pieniądze narzędziem po temu. Przykład tym doskonalszy, ze prawdziwie niezależny- od dotacji, sponsorów, mediów i korporacji.
Darku, dziękujemy i czekamy na więcej.

Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer