Przeszedłem Rubikon II – szansa

Po opublikowaniu mego wyznania na blogu i na Facebooku otrzymałem mnóstwo życzeń i rad. Wśród życzeń najczęściej pojawiały się: „będzie dobrze”, „zdrowia” czy „trzymam kciuki”. Były też i rady: bym się nie poddawał, bym się trzymał, bym zaufał Bogu itp. To w sumie sympatyczne, że obce mi osoby tak zareagowały i jestem im za to wdzięczny. To pokazuje jednak, jak ubogi jest ludzki język w wyrażaniu emocji bądź uczuć wobec ludzkich dramatów. Przynajmniej z punktu widzenia chorego, który funkcjonuje jakby w świecie równoległym do świata zdrowych. Sam z tym miewam kłopoty, bo nie chcę prawić komuś banałów.

W drugie święto Bożego Narodzenia byliśmy u kuzyna żony, u którego kilka miesięcy temu zdiagnozowano raka płuc. Ze względu na wiek, 78 lat, i obturacyjną chorobę płuc lekarze nie chcą podjąć się operacji. Ograniczyli się jedynie do radioterapii. Zobaczyłem zmęczonego i zrezygnowanego człowieka, który – czułem to intuicyjnie – żegna się powoli ze światem. Jeszcze próbował być, jak dawniej, dowcipny i zabawny, by po chwili zamilknąć. Wodził wtedy takim niewidzącym spojrzeniem po obrazach i zdjęciach córek wiszących na ścianach, a ja wyczuwałem toczącą się w nim walkę złości z miłością. Bo jak sam w pewnym momencie przyznał – „jest zły na siebie, że tak wiele rzeczy odkładał na starość, a teraz kiedy przyszła choroba już ich nie zrealizuje”. Co miałem mu wtedy powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że z tego wyjdzie? Przecież to kit, w który nawet sam nie wierzyłem, podobnie jak lekarze. Ograniczyłem się jedynie do męskiego uścisku dłoni na pożegnanie. Odpowiedział mi tym samym. Miałem takie wrażenie, że się już nie zobaczymy.

Często mnie pytają, jak się czuję ? No, fizycznie nieźle. Po operacji polegającej na usunięciu lewego płata wątroby oraz termo ablacji pozostałych guzów, marker AFP spadł z ponad 500 do 5. Pozostał jeszcze jeden guz, którego lekarze nie potrafią zdiagnozować i obawiają się usunąć, bo jest położony niebezpiecznie blisko żyły wątrobowej. Mam więc co miesiąc sprawdzać poziom AFP i jeśli się podniesie, dać znać chirurgom, to zdecydują co dalej robić choć – jak sami powiedzieli na początku leczenia – przeszczep z powodu wielkości usuniętego guza, ani inne metody – nie wchodzą w grę

Prowadzę działalność gospodarczą, więc muszę też – w miarę szybko – zorganizować sobie nowe zlecenia, albo poszukać stałego zajęcia, bo przychody z tych, które mam obecnie nie wystarczają na życie i pokrycie kosztów leczenia, które już poniosłem. Nie mówiąc o tych, które mogą się pojawić w przyszłości. Nie jest to ani proste, ani łatwe. Mam jednak nadzieję, że się uda.

Psychicznie też trzymam się w miarę dobrze, choć bywają takie chwile, kiedy mam „doła”. Dopadają mnie wtedy jakieś irracjonalne lęki jak ten, który czułem jako dziecko przechodząc wieczorem przez park w rodzinnym mieście. To nie jest strach, bo ten odnosi się do konkretnego zagrożenia. To rodzaj paraliżującej: myśli, słowa i gesty, wszechogarniającej ciemności, która podchodzi z wnętrza do gardła i sprawia, że tracę kontakt z rzeczywistością i wpadam w swego rodzaju stupor. Bolą mnie wtedy nawet słowa wypowiadane w mojej obecności, bo są jak igiełki lodu raniące do żywego zmysł słuchu.

Nie boję się jednak śmierci, bo nie traktuję choroby jak wroga, ale immanentną część ludzkiego pielgrzymowania na ziemi, które tak czy owak, będzie kiedyś miało swój kres. Inna sprawa, kiedy to nastąpi. Nie mogę i nie powinienem tej myśli odrzucać, ale raczej maksymalnie wykorzystać czas, który mi pozostał na przygotowanie się na ten moment. To nie oznacza, że nakryję się prześcieradłem i będę powoli czołgać się na cmentarz. To byłby przejaw abnegacji i rozpaczy niezgodny z fundamentalnym przesłaniem chrześcijaństwa, by wierzyć Bogu w takich właśnie momentach. Właśnie „wierzyć Bogu”, a nie „wierzyć w Boga”. Dlatego mój umysł jest wolny i spokojny, bo Mu ufam. Cokolwiek przyniesie przyszłość. Wiem, to dar. Wielki dar, za który jestem Mu wdzięczny.

Choroba zamknęła wiele możliwości, ale też kilka nowych otworzyła. Choćby tę, że mogę o tym, co czuję i myślę pisać, niezwiązany konwenansami, czy stereotypami traktującymi raka jako dopust Boży. Jako życiową tragedię, a nie szansę, by zredefiniować sens własnego życia. By zrewidować niektóre opinie i poglądy, które stały się naszą drugą naturą. Jak choćby obsesyjne – w kulturze Zachodu – przywiązanie do własnego ciała. Do tego by było zdrowe, piękne, szczupłe i muskularne. Sam traciłem sporo czasu i pieniędzy, by takie mieć. Można rzec, utożsamiłem się z nim, mylnie rozumując , że tylko nim jestem. Teraz kiedy mój brzuch, po operacji, wygląda jak tatarski befsztyk, a na skórze pojawiły się plamy wątrobowe stwierdziłem, jak błędne było to mniemanie. Przecież nie jestem wyłącznie workiem kości, mięśni i płynów ustrojowych, więc skąd to przywiązanie do ciała i jego wyglądu? Czy teraz, kiedy jest ono bardziej zwiotczałe i słabe, jestem mniej sobą? Przecież to nieprawda.

Zawędrowałem onegdaj w Waranasi (Indie) nad ghaty, na których płonęły kremacyjne stosy. Czułem żar ognia trawiącego zwłoki i specyficzną woń palonego, ludzkiego ciała zmieszaną z zapachem masła i nagietek. I właśnie wtedy zadałem sobie pytanie, kogo tak naprawdę opłakują krewni zmarłego skoro z jego ciała pozostała zaledwie garstka popiołu? Dlaczego jesteśmy tak bardzo do niego przyzwyczajeni ?

W życzeniach powrotu do zdrowia, które otrzymałem i za które jestem wdzięczny, wyczuwałem ten lęk przed śmiercią. Przed chwilą, która zawsze przerażała człowieka, że w jednym momencie zniknie jego ciało i to wszystko do czego jest w życiu przywiązany: pieniądze, kariera, bliscy, przyjaciele itd. Zniknie wszystko z czym się utożsamiał, a co nim nie było. To tak bardzo ludzkie uczucie. I nie mogę powiedzieć, że mi obce. Rzecz w tym, że nie może ono mnie paraliżować, ograniczać. I jeśli o cokolwiek teraz „walczę” – używając tej wojskowej terminologii – to właśnie o to. Bo jeden lęk, rodzi następne.

Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer