Po wyborach w Holandii

Holandia stała się prawicowa - pisze dziennik Trouw, z którego przed wielu laty żmudnie uczyłem się języka niderlandzkiego. Położyliśmy tamę skrajnej, populistycznej prawicy - głoszą z triumfem inni, a elektorat Zielonej Lewicy, na którą – jak zazwyczaj zresztą – i ja glosowałem święci historyczny triumf: prawie czterokrotne zwiększenie dotychczasowej ilości mandatów w II Izbie oraz poprawa rekordu sprzed wielu lat, kiedy udało się zdobyć 11 miejsc (teraz będzie ich najprawdopodobniej 16). Jak to właściwie jest?

Osobiście myślę, że ani tak ani tak, co nie zmienia faktu, że w każdej z tych ocen tkwi ziarno prawdy.

Voting_form_and_red_pencil_of_the_2017_Dutch_elections_(32618941904)_(2).jpg
W wyborach zwyciężyła konserwatywno-liberalna Partia Ludowa na rzecz Wolności i Demokracji (VVD) ustepującego premiera Marka Ruttego, którą w wielu aspektach można porównać jeśli nie z polską PO, to w każdym razie z dawną partią Donalda Tuska – Kongresem Liberalno-Demokratycznym. Zwyciężyła, pomimo utraty prawie 1/4 mandatów (z 41 zmieniła swój stan posiadania na 33. Ma to swoje przyczyny. Rząd Ruttego prowadził rygorystyczną, aspołeczną politykę oszczędnościową, której skutkiem było znaczące obniżenie jakości życia, zwłaszcza tych najmniej zamożnych i najsłabszych. Patrząc na jego “osiągnięcia” np. z perspektywy domu opieki, w którym pracuję jako kapelan, widzę rzeczy straszne: niedofinansowanie, postępujące komercjalizacja i prywatyzacja całego sektora, braki w personelu. Również z innej perspektywy, która niestety była także moim udziałem w minionych latach przez pewien czas – perspektywy bezrobotnego – widzę cięcia w sferze społecznej, a przede wszystkim sianie nieufności pod adresem tych, którzy z jakichś powodów nie potrafią się odnaleźć na rynku pracy, obarczanie winą za sytuację, w której się znaleźli, wręcz oczernianie ich. Nie, Holandia już od dawna nie jest rajem dla korzystających z zasiłków, natomiast bez wątpienia stała się rajem, dla tych bogatych, którzy nie za bardzo lubią płacić podatki.
Z drugiej strony rządowi udało się uporządkować publiczne finanse i wyprowadzić kraj z recesji. Zwłaszcza dla wyznawców dogmatu, w myśl którego wzrost gospodarczy jest podstawowym wskaźnikiem dobrobytu, to ogromny sukces.

Tego sukcesu, który bez wątpienia ocalił głowę Ruttego, nie udało się natomiast sprofitować jego partnerowi koalicyjnemu – socjaldemokratycznej Partii Pracy (PvdA). Socjaldemokraci ponieśli w tych wyborach sromotną klęskę. Z 38 miejsc w II Izbie pozostało im.. 9. Skąd ta kolosalna różnica? Po prostu, co przystoi neoliberałom i podoba się ich elektoratowi, nie przystoi partii uważającej się za lewicową. Klasyczny elektorat PvdA czuje się oszukany przez neoliberalną politykę, którą ta partia firmowała przez minione 4,5 roku. To miło, że wicepremier Lodewijk Asscher wreszcie przejrzał na oczy i zaczął krytykować politykę rządu oraz obiecywać zmiany. Problem w tym, że to był... jego rząd i jego własna polityka. Brzmiało to prawie tak, jakby Kaczyński zaczął nagle wyznawać miłość Tuskowi i jeszcze publicznie ogłosił, że Smoleńsk to jednak była zwyczajna katastrofa, a nie żaden zamach. Możemy sobie wyobrazić, jakby to odebrali jego wyborcy. Ja sam kilkakrotnie oddałem w przeszłości głos na Partię Pracy, ale – nawet jeśli internetowe kompasy wyborcze ciągle wskazują, że jest mi stosunkowo blisko do jej programu – musiałaby ona jeszcze mocno popracować nad odzyskaniem mojego głosu.

Geert Wilders i jego (o ironio!) Partia Wolności(PVdA). Wygrał czy przegrał? Z czysto statystycznego punktu widzenia prawicowi populiści należą do grona zwycięzców. Zajęli drugie miejsce, zwiększyli swój stan posiadania
o 5 miejsc (z 15 na 20). Jednak blond-diva prawicy nie miała wczoraj bynajmniej tęgiej miny, a licznie zgromadzeni w Hadze dziennikarze musieli skonstatować, że “patriotyczna wiosna” jednak została w Holandii odwołana – przynajmniej na razie. To, że Wildersowi nie uda się rządzić, było jasne – liczące się partie polityczne zgodnie otoczyły go “kordonem sanitarnym”, z góry zapowiadając, że nie wejdą w koalicje z PVV, nawet gdyby zwyciężyła w wyborach. Wilders wiedział więc doskonale, że nie ma szans na miejsce w “Wieżyczce” (Het Torentje), jak pieszczotliwie nazywa się w Holandii biuro premiera.
Mimo to liczył na to, że stanie się największy – by móc następnie wytykać “establishmentowi” (do którego sam siebie – rzecz jasna – nie zalicza, chociaż zasiada w parlamencie od kilkunastu lat!), że go lekceważy i ignoruje jego wyborców.
Ten trik się nie udał, tym bardziej że drugie miejsce Wildersa wcale nie jest takie przekonujące, gdyż po piętach depczą mu zarówno chadecy (CDA), jak i progresywna socjalliberalna partia D66 (obydwie po 19 mandatów). Różnice między tymi partiami mieszczą się w granicach 1% (sic!). A więc jednak porażka? W pewnym sensie na pewno tak, mimo że liczby mówią – jak się wydaje – coś innego. Co ją spowodowało? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Czy dał o sobie znać pragmatyzm Holendrów? Mocno wdrukowana w holenderską świadomość wola kompromisu i niechęc do (nadmiernej) polaryzacji? Może zagrał “efekt Trumpa” – pokazując potencjalnym wyborcom blond-divy, do czego prowadzi prawicowy populizm i że może w związku z tym nie warto “na złość mamie odmrażać sobie uszu”? Może sukcesy gospodarcze Ruttego – pomimo braku przełożenia na poprawę życia przeciętnego obywatela? Na pewno natomiast istotną rolę odegrał spokojny, ale zarazem twardy i konsekwentny sposób, w jaki Mark Rutte rozegrał sprawę kryzysu holendersko-tureckiego. A więc może to jednak Erdogan był tym wielkim game changer, który pokrzyżował plany Wildersa?

Jedno udało się Wildersowi jednak osiągnąć. Zmusił nie tylko premiera, ale i np. chadeków (a do pewnego stopnia nawet socjaldemokratów – co było przykrym w odbiorze przedstawieniem!) do znacznego zaostrzenia tonu w odniesieniu do imigrantów i Holendrów o imigranckich – zwłaszcza islamskich – korzeniach. W tym sensie Holandia rzeczywiście staje się coraz bardziej prawicowa. Niekiedy naprawdę odczuwam dojmujący wstyd, słysząc jak polityczny mainstream przejmuje hasła skrajnej prawicy, chociaż z drugiej strony uważam za rzecz pozytywną, że – w odróżnieniu od sytuacji sprzed 20 lat, gdy zacząłem tu mieszkać – o pewnych niepokojących zjawiskach związanych z rzeczywistością społeczeństwa wielokulturowego, mówi się w o wiele bardziej otwarty, szczery sposób. Pytanie tylko, czy za szczerość rzeczywiście koniecznie trzeba płacić agresją, podejrzliwością, krzywdzącymi uogólnieniami?

A lewica? Przegrała czy wygrała te wybory? Żadnej z innych partii lewicowych nie udało się odrobić ogromnych strat poniesionych przez socjaldemokratów. To jednak nie oznacza, że można mówić o porażce. Przede wszystkim rzuca się w oczy historyczny triumf (bo inaczej się tego wyniku nie da określić!) partii GroenLinks (Zielona Lewica) pod przewodnictwem młodego, dynamicznego polityka Jessego Klavera, która zdobyła 16 mandatów, co jest fenomenalnym skokiem w porównaniu z 4 w poprzednim parlamencie . Nie ukrywam, że to właśnie on – i jego program – spowodował, że znów oddałem głos na tę partię. Jednak liczy się nie tylko oszałamiający skok w ilości miejsc w parlamencie. Klaver – trzydziestolatek o aparycji Justina Trudeau, ale poglądach raczej Berniego Sandersa – przywrócił holenderskim “lewakom” wiarę w siebie i własne ideały, stworzył wokół swojej partii (i w niemałym stopniu również swojej osoby) zalążek ruchu społecznego, który może być w przyszłości czymś naprawdę znaczącym. Mówiąc o triumfie GroenLinks, trudno nie wspomnieć również o sporym sukcesie idealistycznych ekologów z Partii na rzecz Zwierząt (PvdD) Marianny Thieme, której również udało się zwiększyć liczbę mandatów o ponad połowę (z 2 na 5). Myślę, że, gdyby miało się okazać, iż sukces nieco za bardzo oszołomił Jessego, obecność w parlamencie “zielonego sumienia”, może mu (a przede wszystkim ideałom społecznej i ekologicznej Holandii) dobrze zrobić... O dobrym wyniku mogą też mówić radykalni socjaliści z SP (Partia Socjalistyczna), którym prawie udało sie obronić stan posiadania (spadli z 15 na 14 mandatów). Ta – w najbardziej klasycznym znaczeniu tego słowa lewicowa – partia ponownie potwierdziła swoją obecność na holenderskiej scenie politycznej. Na pewno trzeba się z nią mocno liczyć, chociaż radykalizm programowy czyni ją trudnym partnerem koalicyjnym.

Odrębnego potraktowania wymagają jeszcze dwaj inni zwycięzcy tych wyborów – nawet jeśli nie osiągneli oni również sukcesu na miarę oczekiwań. Po pierwsze – proeuropejska partia radykalnych socjalliberałów Demokraci66 (D66) Alexandra Pechtolda – od zarania gromadząca wokół siebie zwolenników lewego skrzydła liberalizmu, świeckości, otwartości kulturowej, ale również – co jest jednak wciąż sporym ewenementem wśród partii liberalnych – lansująca hasła ekologiczne. Udało im się zdobyć 19 mandatów. Tą samą liczbę (ale nawet śladowo większą ilością głosów) mogą się pochwalić chadecy z CDA – partia centroprawicowa o korzeniach chrześcijańskich (zarówno katolickich jak protestanckich) i raczej konserwatywnym profilu politycznym i społeczno-ekonomicznym. Te dwie partie na pewno wejdą w skład przyszłej koalicji rządowej.

Jeśli zaś mowa o partiach chrześcijańskich, warto też wspomnieć o Unii Chrześcijan (CU) i Politycznej Partii Reformowanych (SGP). Ta ostatnia to szczególnie ciekawy fenomen – oparta na założeniach ortodoksyjnego kalwinizmu partia głosząca potrzebę teokracji. Znów udało jej się zdobyć 2 mandaty – jej stan posiadania jest niezwykle stabilny. CU jest również interesującym ugrupowaniem. Mniej zachowawcza pod względem religijno-światopoglądowym niż SGP (z którą często jednak współpracuje!) łączy konserwatyzm kulturowy z bardzo socjalnym programem, co sprawia, że wspiera ją wielu ludzi, dla których klasyczna chadecja zbyt często zapomina o chrześcijańskim postulacie miłości bliźniego i troski o najsłabszych. Chociaż bardzo daleko mi do ich podstaw światopoglądowych, zdarzyło mi się już oddać na nich głos w wyborach komunalnych, bo po prostu uwazałem, że program, który proponowali, najlepiej odzwierciedlał interesy najsłabszych w naszej lokalnej społeczności. CU powiększyła liczbę miejsc w II Izbie o jeden, uzyskując tym razem 5 mandatów.

Jeśli jeszcze nie zanudziłem Was na śmierć, pytacie może właśnie, jak to właściwie wszystko podsumować. W każdym razie obyło się bez sensacji, na którą czekano. Holandia nie zakaże Koranu, nie zburzy meczetów, nie wystąpi z Unii Europejskiej, ani nie zwiększy w znaczący sposób importu farby do włosów, by ułatwić “premierowi Wildersowi” utrzymanie jego czupryny w kolorze blond. Po prostu dlatego, że nie będzie “premiera Wildersa”... Czy to znaczy, że niebezpieczeństwo przeminęło? Nie, bo PVV jest jednak drugą partią w parlamencie i będzie tam dalej uprawiać swoją propagandę – z bardzo wygodnej pozycji. Chociaż nagle nie staliśmy się – z najbardziej liberalnego i proeuropejskiego w przeszłości – najbardziej prawicowym krajem Europy, najprawdopodobniej czekają nas kolejne cztery lata wdrażania neoliberalnych wzorców – tym razem pod rządami centroprawicy. Teoretycznie jest też szansa na stworzenie centrolewicowego gabinetu, ale prawdopodobieństwo takiego rozwoju wypadków jest oceniane jako niewielkie. Sensacji nie ma, “lewaków” nie rozgromiono, zamiast patriotycznej wiosny mamy taką zwykłą – z tulipanami, żonkilami itp. – ale w moim domu opieki pewnie dalej będą “dni piżamowe”, bo nie będzie komu umyć i przebrać mieszkańców, ani na czas zmienić im pampersa...

Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer