O ewolucji i Trójcy Świętej

Rozklekotany Ashok Leyland linii 599 z Mahabalipuram do Chennai wytoczył się z przeraźliwym skrzypieniem za Kovalam na East Coast Road. Do dworca w T. Nagar zostało ponad 30 km i prawie godzina jazdy. Przez otwarte drzwi i okna wpadała, od Zatoki Bengalskiej, przyjemna bryza chłodząc w naturalny sposób rozgrzane ciała pasażerów. Głównie dzieci wracające ze szkoły, które podjeżdżały po 2-3 przystanki, ale też pary poszukujące mocniejszych wrażeń w mieście na sobotni wieczór.

Jechał z nami od początku. Miał może z 50 lat. Wyglądał na nauczyciela albo urzędnika. Był bardzo gruby i przez cały czas od Mahabalipuram rozmawiał przez komórkę. A właściwie pomrukiwał, postękiwał, potakiwał po tamilsku. Oczywiście nie rozumiałem niczego. Domyślałem się raczej znaczenia wypowiadanych zdań po intonacji głosu i minie jaką przy tym robił. Kiedy walnął mnie, z podekscytowania a może irytacji, łokciem w bok zaprotestowałem głośno. Wtedy, nie przerywając rozmowy, spojrzał na mnie jakby nagle do niego dotarło, że nie jest sam w autobusie. Myślałem, że się wkurzył, ale nie. Zakończył rozmowę i grzecznie zapytał trochę archaiczną angielszczyzną – „A z jakiej części świata Pan jest?”. Zdębiałem, bo na ogół tubylcy pytają mnie „Gdzie mieszkasz ?” – mając na myśli konkretny kraj. A ten zajechał mi z „częścią świata”. Spokojnie więc mu wyjaśniłem, że jest taki kraj jak Polska położony pośrodku Europy pomiędzy Niemcami a Rosją, Ukrainą i Białorusią. „To nie jesteście częścią Wspólnoty Brytyjskiej i nie rządzi wami królowa?” – dopytywał. „Jezu! Czyżby w czasie mojej nieobecności w kraju zaszły jakieś zmiany i jesteśmy monarchia konstytucyjną, a na dodatek częścią Zjednoczonego Królestwa?” – pomyślałem z lekkim przestrachem. Uspokoiłem się dopiero wtedy, kiedy mój tamilski rozmówca, w kolejnym pytaniu, Portugalię umiejscowił pod Szkocją. A dalej było jeszcze …jakby to nazwać… intensywniej, dziwniej, absurdalniej.

Kiedy tematy geograficzne nam się już skończyły przeszliśmy, a właściwie to on przeszedł, na tematy religijne. Jak już wydobył ze mnie, że jestem katolikiem i to na dodatek rzymskim, przyparł mnie do muru pytaniami – „A co Watykan mówi o teorii Darwina, że człowiek pochodzi od małpy? A ty wierzysz, że to Bóg stworzył pierwszych ludzi, Adama i Ewę?” Poprzez huk z ulicy dotarł do mnie sens jego pytania miałem wrażenie, że przez chwilę, zdezelowany autobus linii 599 unosi mnie na wyżyny kompletnego absurdu. No bo jak inaczej opisać sytuację, w której z przygodnie poznanym mieszkańcem Chennai dyskutuję, po angielsku, na tematy teologiczne. Odparłem, że zasadniczo ewolucja jest do pogodzenia z kreacjonizmem, jeśli się przyjmie, że akt stworzenia nie trwał 7 dni – jak opisuje Biblia – tylko był procesem trwającym miliony lat.

Nie wiem, czy dobrze zrozumiał moją odpowiedź, bo z chytrym uśmiechem na twarzy przygwoździł mnie następnym pytaniem – „A ty wierzysz w to, że pochodzisz od małpy?”.Tego już było za dużo. Nawet jak dla mnie. Przyzwyczajonego do „dialogów na cztery nogi”wrona w autobusie na różne kontrowersyjne tematy. Spojrzałem wzrokiem proszącym o wsparcie na konduktora miedlącego między palcami harmonijkę poskładanych – idealnie na połowę – banknotów dziesięciorupiowych. Pozostał niewzruszony jak Budda. Pewnie dlatego, że nie rozumiał ani słowa z naszej bezskładnej gadaniny. Nieco już poirytowany, tak pytaniami natrętnego pasażera jak i ulicznym hałasem wdzierającym się wraz z kurzem do autobusu odparłem, że – „wierzę w stworzenie świata przez Boga. Nikt jednak nie wie, jak to się stało, a słów Biblii, że w 7 dni, nie można brać dosłownie. To obrazowa alegoria, którą należy interpretować poprzez kontekst czasowy i geograficzny. Tak jak wasze święte księgi – „śruti” – zapisane w kanonie wedyjskim” – podkreśliłem, gestykulując przy tym rękoma dla wzmocnienia przekazu. Wydawało mi się, przez moment, że użyłem dobrego argumentu, by go przekonać, że kreacjonizm wcale nie musi być sprzeczny z teorią ewolucji Darwina”, bo zamilkł na chwilę. Robił za to „młynki” palcami dłoni złożonymi na bardzo wydatnym brzuchu i głośno wzdychał jak mała lokomotywa parowa.

Coraz bardziej wzmożony ruch uliczny, korki i kakofonia klaksonów sygnalizowały, że jesteśmy już w mieście, w okolicach Adyar. Jednej z wielu dawnych wiosek tworzących dziś monstrualną pajęczynę Chennai. Zmęczenie upałem i jazdą dawało się wszystkim pasażerom we znaki. Wielu podsypiało z głowami wspartymi na poręczach siedzeń albo na ramieniu sąsiada. Dwie starsze kobiety na siłę upychały w płócienne torby, puste, plastikowe butelki po napojach oraz aluminiowe menażki, z których jadły przed chwilą ryż z dalem. Ospale spoglądałem na strumień mijających nas pojazdów i witryny sklepów, mając nadzieję, że to pozwoli mi zorientować się w topografii miasta. Nagle pytanie mojego uciążliwego teologa amatora – „to w ilu bogów wierzysz, bo wasza religia mówi, że jest jeden, ale w trzech osobach?” – uderzyło w mnie jakby ktoś obuchem dał mi w głowę. Zrobiłem minę z kategorii „odpuść mi facet, bo mam już cię dosyć” ale resztkami sił szukałem jakieś sensownej odpowiedzi na pytanie, które dla chrześcijanina jest jedną z tajemnic wiary. Niepojętą dla ludzkiego rozumu. Ten jednak nie czekał na moją odpowiedź i skonstatował –„Bóg Ojciec posłał swojego Syna na ziemię, aby ten przez swoja śmierć na krzyżu zbawił wszystkich ludzi. Nieprawdaż?” Przytaknąłem głową. „No a gdzie się podział ten trzeci, no ten Duch Święty? I jak to możliwe, że Ktoś może być w trzech osobach?” – dobijał mnie, śmiejąc się przy tym rubasznie. Udałem, że go nie zrozumiałem wlepiając wzrok w podłogę zaśmieconą łupinami orzeszków ziemnych. Gwizdek konduktora i nagłe szarpnięcie uzmysłowiły mi, że autobus zatrzymał się na kolejnym przystanku. Mój niestrudzony rozmówca z wyraźnym wysiłkiem poderwał swoje ponad stukilogramowe ciało z siedzenia. „Powodzenia życzę” – powiedział i wyciągnął w moim kierunku dłoń zabarwioną na czerwono betelową śliną. Pożegnałem się z nim skinięciem głowy. Po wyjściu z autobusu na T.Nagar Terminal Bus Station jeszcze długo słyszałem jego drwiący śmiech. „Jeden Bóg w trzech osobach. Ha! Ha! Ha! To niemożliwe”

Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer