Głosować czy wybierać?

Daleki zwykle byłem i jestem od agitacji. Jakoś tak mam. Wcale nie wiem, czy to dobrze, czy to źle, ale po prostu mi się nie chce. Mam ludzi, których kocham, lubię, szanuję, lokujących się w różnych miejscach politycznego spektrum. I ja to uznaję. Najgorsze, co można zrobić, to przenosić spory polityczne na relacje międzyludzkie. Co do wyborów, to uważam że powinno się na nie chodzić; sam na nie zawsze chodzę, choć czasem oddaję głos nieważny, gdy nie mam na kogo głosować.
Jestem zagorzałym zwolennikiem głosowania "na tak". Rozumiem przez to głosowanie na programy, na ludzi, których lubię a nie przeciw komuś. Dlatego lubię te wszystkie testy, latarniki itp., bo pozwalają mi się zorientować, choć z grubsza, w konkretnych podejściach do konkretnych zagadnień.
Sondaże przedwyborcze uważam natomiast za narzędzia bardziej lub mniej subtelnej manipulacji bogatszych komitetów lub sprzyjających im mediów i nie bardzo im ufam. Uważam, że, gdyby tych sondaży nie było, wyniki wyborów różniłyby się znacznie. Czasem zresztą, jak myślę, ta manipulacja nie jest celowa, ale dzieje się, bo takie mamy skłonności, o czym napiszę później.
W moim przekonaniu oznacza to, że ludzie w większości kierują się przy wyborach różnymi rzeczami, ale w małej części programami. Bardzo powszechne jest wg mnie postępowanie wg 3 kryteriów:
1. za żadną cenę nie może wygrać partia A (ich bardzo nie lubię)
2. bezwzględnie wierzę w sondaże
3. zagłosowanie na tego, kto nie przejdzie progu wyborczego albo oddanie głosu nieważnego uważam za stratę mojego głosu, czyli przysłużenie się partii A (bo tam mają zwarty i karny elektorat).
Gdyby kto pytał, a skąd zawczasu wiem, kto przejdzie próg a kto nie, odpowiedzią jest punkt 2.
Jaki jest skutek bezkrytycznego przyjęcia tych trzech założeń? Taki, że dla bezpieczeństwa głosujemy en masse na jeden z dwu największych bloków ("bo oni na pewno się dostaną"). To skutek krótkoterminowy. Jaki jest skutek długoterminowy? Taki oto, że umacniamy system dwubiegunowy i generujemy samopotwierdzające się i samospełniające się prognozy. Czy jest coś w tym złego? Wielu uważa, że przeciwnie. Model dwubiegunowy, czyli model anglosaski sprawdza się wg nich od paruset lat. Tak na marginesie w Wielkiej Brytanii model dwubiegunowy właśnie się skończył, w Stanach chyba też jest na najlepszej drodze. Czy ten model się rzeczywiście tak długo sprawdzał? Można się o to spierać. Ale to kwestia poglądu. Wg mnie system dwubiegunowy wcale nie jest dobry, bo bardzo polaryzuje samo społeczeństwo, niszczy krytycyzm myślenia, umiejętność niuansowania i różnorodność. Ale oczywiście przyjmuję do wiadomości, że dla wielu to nie są wady, a wręcz przeciwnie.
Mamy zatem coś, co wg mnie można nazwać "demokracją sondażową z wyborami plebiscytowymi". Czy taka demokracja jest pełnowartościową demokracją? Możemy się nad tym zastanowić. Za czasów mojego dzieciństwa i młodości też była demokracja. Ludowa. Wybory też przecież były. Wybierało się z list ułożonych przez władzę. Jaki się miało wpływ na wyniki wyborów? Praktycznie żaden, jeśli się nie było w aparacie władzy. Wtedy nasza wolność wyboru była brutalnie ograniczona z zewnątrz – przez system represyjny.
Jak jest teraz? Teraz nikt nam nie zabrania założyć partii, komitetu, nawet z najgłupszym albo najpodlejszym programem. Nikt nam nie zabrania zebrać podpisy i wystartować w wyborach. Nikt nam nie zabrania prowadzić nawet najgłupszej albo najpodlejszej kampanii wyborczej.
Czy coś nas zatem ogranicza? Z zewnątrz ograniczają nas oczywiście finanse na kampanię wyborczą i na lobbing. Tu tuzów sceny politycznej nowym formacjom nie uda się prześcignąć. Zresztą nie tylko finanse tu mają znaczenie, ale też wpływy w mediach, czy choćby w środkach transportu publicznego, który i za poprzedniej władzy i obecnej udostępnia swe przestrzenie reklamowe, jak mi się zdaje, bez społecznej kontroli.
Ale jak wskazują przypadki tych kolejnych "niespodzianek" w wyborach (nie tylko w Polsce) te ograniczenia z zewnątrz da się przejść. W Polsce na chwilę, bo wszystko szybko wraca do normy.
Wg mnie o wiele groźniejsze od tych zewnętrznych barier są nasze ograniczenia wewnętrzne, mentalne. Dla mnie takimi ograniczeniami mentalnymi jest pozbywanie się własnej woli, własnego zdania, własnego rozumu, własnej intuicji przy wyborach i scedowanie tego na Autorytety. Klasyczna frommowska ucieczka od wolności. A w dzisiejszych czasach niby jest kryzys autorytetów, ale to jest kryzys starych autorytetów. Na ich miejsce pojawiają się przecież nowe, których kiedyś nie było. Mamy więc już nie tylko polityków, księży, rodziców, dziadków, ciocie, intelektualistów, wieszczy, którzy nam mówią, jak mamy głosować. Teraz coraz bardziej ufamy mediom, sondażowniom, celebrytom, lajkom na fejsbuku i memom w sieci.
I choć każdy z komitetów wyborczych oferuje i gwarantuje nam prawdziwą wolność w przypadku jego zwycięstwa, to myślę, że tak naprawdę tej prawdziwej wewnętrznej wolności nikt nam nie życzy. "Idź na wybory, oddaj głos na mnie i wracaj przed telewizor, a ja już dalej zrobię, co trzeba." – zdają się namawiać nas elity. "Programów nie analizuj, albo jak chcesz to sobie i analizuj, ale tak naprawdę, to ważne jest tylko to, że My jesteśmy Jedyni, Którzy Powstrzymają Ich".
Czy to działa? Działa. Już tak ze 12 lat działa jak dobrze naoliwiony organizm. Jak długo to będzie działać? Nie mam bladego pojęcia, ale wygląda na to, że jeszcze długo. Chociaż komuna też miała być wieczna...
Ale czy coś z tym robić? Jeśli komuś to naprawdę to przeszkadza, to chyba powinien, a co – to myślę, że będzie wiedział, co; a jak nie będzie wiedział, to pomyśli i wymyśli...
A jak komuś to nie przeszkadza, to tez go lubię i życzę mu miłego dnia!
:)

Theme by Danetsoft and Danang Probo Sayekti inspired by Maksimer